|
|
środa, 20 stycznia 2010
Tydzień temu ( z małym haczkiem) szacowna, na szczescie byla uczelnia postanowila rozdać nam absolwentom dyplomy ukończenia studiów. Jak to mają w zwyczaju ludzie w gronostajach - bez odpowiedniej pompy obejść sie nie mogło.
Alma mater jednak musiała to z całą swoją finezją zorganizować. Przez długi czas informacji na temat terminu imprezy nie można było uzyskać.. ("najwcześniej luty") z nikąd pod koniec grudnia okazuje się ze 8 stycznia. Termin bardzo krótki..Na szczęscie rok nie mial duzego parcia na bale itd..
Kolejny szok to plotka, że wstep na uroczystosć kosztuje 50pln i nie mozna - jaksie okazalo można tylko 2 osoby z absolwentem zaprosić. Ploty rozwiał list polecony z uczelni. Gustowne zaproszenie do wykupienia zaproszenia. No nic odzałowałem - a raczej mama chciała iść to zapłacila.
Uroczystość jak uroczystość. Troche gadaniny, mala daweczka patosu i autoreklamy. Jakieś nagrody.. potem wyczytali kogomieli wyczytać. 15 s na scenie.. rąsia rąsia, tekturka z napisem dyplom do ręki, tytka z prezentem w drugą i nara.
Nie robilo to wrażenia specjalnego. Po uroczystości można bylo sobie w todze (zarzuconej na szybko bo 4 togi dla 400 studentów chcących sobie zrobić zdjęcia z rektorem). Mnie udalo się takie zdjęcie zrobić:)..Zaplacilem to mi sie nalezy.
Szkoda, ze nasz dziekan wyparował. Być może tak jak ja nie lubi tego typu szopek.
Plus taki, że dostaliśmy jakieś tam farmindexy. Kolejna prenumeratę MP.. Była okazja zeby sie spotkać.
Jak dla mnie średnio to wypadło. Przy tak licznych wydziałach chyba lepiej zorganizować to osobno dla każego wydzialu..No ale to juz moje prywatne zdanie.
piątek, 25 grudnia 2009
Do świat nawiązanie tylko w tytule.
Staż z pediatrii ma się ku końcowi. Na swoim koncie mam kilka sukcesów diagnostycznych a także kilka porażek - w sensie braku rozpoznania. Mimo, iż bez rewelacji sporo się podszkolilem w podstawowych sprawach. Cenne, że w sumie przekonałem się, że pediatria - weterynaria w cale nie jest taka tragiczna. Dzieci są zdecydowanie przyjemniejszymi pacjentami. Teraz "odrabiam" neonaty. Na razie odbywa się to na zasadzie Discovery.. chodzimy ogladamy.
Czas pomyśleć o lepie. Tzn myślę cały czas, ale czas to myślenie przełożyć na faktyczne działanie nad książką.
sobota, 28 listopada 2009
Do kolejnych doświadczeń bojowych należy dodać świńska grypę (AH1N1v). W naszej cudownej klinice lekarski nos pewnego dr nie zawiódł.. postanowił on wysłać wymazy do Sanepidu w kierunku grypy - miał szczęście wynik przyszedł dodatni- wiec nie wydał "niepotrzebnie" 350PLN :) Chwilę później u drugego pacjenta odkryto nową grypę. Pacjenci żyli by tak samo - tj ich choroba toczyła by się tak samo gdyby nie robiono tego badania. Natomiast życie w klinice nie koniecznie.
Pierwsze spanikowały pielengniarki. Ich szefowa (swoisty ewenement bo ma doktorat i nie wiadomo jak do niej mówić siostro czy pani doktór) cały czas mówiła dać wiecej maseczek, zamknąć odział dla odwiedzających, brakowało mi tylko aby na rogach ustawić stanowiska ckm z worków z piaskem. Tak czy inaczej wszystkie siostry przykładnie straszyły dzieci maseczkami.
Zwołano odprawę, na której zamiast o nowych tuszach do rzęs rozmawiano o tym co zrobić z mini epidemią. Szukano kogoś z góry, kto powiedział by i wział za to odpowiedzialność, że trzeba zamknąć oddział nie wypisywać dzieci itd. Jelenia nie znaleziono wiec nikt takich działań nie robił.
Ustalono, że zgodnie z wytycznymi WHO nam jako personelowi należy się Tamiflu profilaktycznie. Wg mojego naiwnego myślenia to szacowny szpital powinen ufundować. Jak już napisałem naiwnego wiec była zrzutka, każdy popisał recepte i heya szukać apteki zaopatrzonej w ten cudowny i niezbędny lek. Ja dla siebie wynegocjowałem kilka dni wolnego na leczenie grypy sprawdzonymi sposobami czyli leżeniem w łóżku. Sposób jak najbardziej skuteczny.
Po powrocie z "chorobowego" miałem przyjemność widzieć psychiatrycznę tło nowej grypy. Mamusia została uświadomiona ze jej dziecię wychodzi do domu bo już zdrowe a w szpitalu rozpoznano świnina grypę. Taką panikę na żywo rzadko się widzi. Ukochane dziecko zaraz zostało zakfalifikowane do szybkiego pogrzebu. Doktor dużo musiał się namielić jezykiem zeby wytłumaczyć, ze wszystko jest ok.
Nasi przełożeni biorąc na ogląd cała sytuację, że należy skończyć z tą rozpustą i nie zlecać więcej badan na nową grypę.
piątek, 13 listopada 2009
Tak tak.. czas zacząc weterynarię.
/dla tych co nie wiedzą potoczna znana w niektórych bardzo specyficznych kregach nazwa pediatrii ze względu na pewne podobieństwa/
Pierwszego dnia pediatrii całe moje pojęcie o pracy na oddziale wyniesione z szpitala miejskiego staneło na głowie. Wszak teraz trafiłem do kliniki w instytucie nauk(a)owym.. Czas tu płynie wolno i leniwie. Zupełnie odwrotne proporcje pacjentów do lekarzy. Zupełnie inne tempo pracy. Oraz totalne zacofanie informatyczne:P
Wszak organizacja lepsza:) bo na starcie poprzydzielano nas do dohtórów i ich pacjentów. Każdy lekarz prowadzi 3 max 5 pacjentów (w porywach). Sami mamy badać, pisać obserwacje - wykonywać najważniejsza pracę czyli wpisywać wyniki do komputera... Czasami porobić za gońca. Nie zachwyca - ale papierków też trzeba się jakoś nauczyć. Jest jak na razie jeden dr który troszkę chyba czuje misję dydaktyczna. Zobaczymy - na razie dopiero zaczynam..
Kolejny staż za mna. Anestezjologia. Było ciekawie (momentami) nudno (momentami). Jak to chyba na stażu. Fakt zero papierkowej roboty - to się potem docenia. W sumie nic nowego na samej anestezjologii nie zobaczyłem. Mozliwość pokręcienia sobie kurkami od maszyny do usypiania to fakt. Wsadzenie rury.. też nie nowość - ale za mało, żeby się tego dobrze nauczyć. Wszak niektórzy inni stażyści powiedzą - i tak miałeś dobrze bo wsadziłeś - my tylko patrzeliśmy. Plan minmum wykonany. Przy okazji. Popatrzyłem sobie na różne zabiegi - co prawda z pozycji usypiacza, ale zawsze.
Muszę wspomnieć o okulistach - kożystając z ich uprzejmości gościnności itd widziałem naprawdę sporo, dali mi poasystować. Odpowiadali na wszystkie, nawet być może głupie pytania itd. Nawet sam pan profesor.. Aż odżyło we mnie znowu czy nie warto zostać okulistą..Kto wie.:)
Wracając do znieczulaczy. Mimo, że wydawało by się praca niezbyt lekka to na bloku siedziało się od 830 do 1430 a nawet i później. Sytłacji dramatycznych nie było.
Jako ciekawostka należy zapisać ku potomności o reglamentacji maseczek. Pewnego dnia rano oddziałowa każdemu wręczała pojednyczą maskę dodając " ma starczyć na cały dzień". My tj stażyści oczywiście nie dostaliśmy ("dla was niema"). Od razu pojawiło się hasło nie ma maski nie ma stażysty. Jednak chęć poznawania arkan medycyny kazała nam iść i szukać masek - zmysły nas nie zawiodły. W meandrach pokoików i pakamer bloku operacyjnego znaleźliśmy osobę, która z jakieś dużej szafy wydawała najbardziej porządany towar tego dnia, czyli maseczkę. Swoją drogą po całym dniu chuchania powinni zrobic jakiś posiew. Sam jestem ciekawe co by tam urosło.
niedziela, 08 listopada 2009
Staż na sorze bardzo szybko zleciał.
Podsumowując - nie nauczyłem się zbyt wiele - ale za to sporo widziałem. Co kolwiek by nie mówić - praca lekarza na IP/SOR to cieżka stresująca i niewdzięczna robota.
Z ciekawych "przypadków":
Masa pijaków: Pan który pije mimo wszywki - na dodatek uciekł - jak się okazało przed policja.
Pani, która mająć 3,9promila zadzwoniła po pogotowie uskarżająć się na ból głowy. Zafundowała nam 3h zajęcia - jeszcze awanturując się ze wszyscy mówią o niej jak o alkoholiku.
Pan co to niezdązył wsiąść do tramwaju i mu troszkę obiło facjatę. W sumie nic ciekawego poza tym, że nam się odgrażał 20 promilami oraz 38 paragafami. My zafundowaliśmy mu wycieczkę do MOPITU (izby Wytrzeźwień) mówiąc mu ze do domu jedzie. Jak powiedzieli nam w Mopicie w sumie było to zgodne z prawdą.
Pani "szumacher" która jako pacjenta w "cudownym" stanie higienicznym była odsyłana od szpitala do szpitala aby powrócić do nas.
Poza tymi, pan z dziurą po nożu w brzuchu - pisały o tym gazety. Swoją drogą to rozmawiając z anestezjologami wyszło, że taki pacjent to na sorze powien być operowany.
Tak to jedna reanimacja no i szkoła życia typu jak bezsensownego pacjenta są wstanie skierować inni lekarze.
Szczytem powyższego było przysłanie pana z hasłem stopa cukrzycowa, martwica itd gdzie jak się okazało jest to niewielki krwiak pod paznokciem (mniejszy niż na nodze ordynatora), który nieziemsko wkurwil się - pacjenta odpisał a sam wkurwił się nieziemsko.
To tyle jeżeli chodzi o SOR..anestezja w następnym odcinku
wtorek, 13 października 2009
Staż czas zacząć. Pierwszy tydzień za mną. Po wielu perturbacjach połączonych z biernością pewnych osób i nadgorliwością innych trafiłem na Szpitalny Oddział Ratunkowy, który tak naprawdę jest połączneniem izby przyjęć z Sorem oraz z zwykłym ambulatorium oraz izbą wytrzeźwień.
Generalnie nie mam co narzekać, lekarze są dla nas życzliwi, ale nie owiją w bawełnę - są po prostu szczerzy.
Generalnie obraz tutejszego SOR odbiega od tego co czyta sie w książkach do medycyny ratunkowej. Wiekszość pacjentów ma coś wspólnego z alkoholem i jego nadużywaniem. Jak na razie "czysto" sorowych była zdecydowana mniejszość.
Moje miejsce pracy to "front" miejsce gdzie segregowani i wstępnie obrabiani są pacjenci.
Z ciekawszych przypadków to pan który przyszedł sobie na "front" z raną w brzuchu po nożu. Niestety chirurdzy na bloku nie zdołali go uratować. Jak się potem okazało była to ofiara nożowników grasujących w okolicach szpitala. Co ciekawe sam nożownik zgłosił się poźniej na sor celem opatrzenia rany.
Wielu jest pacjentów, którzy są nie wiadomo do końca z jakiego powodu zgarniani przez PR i zrzucani u nas. Ratownicy, którzy ich przywoża z reguły zwiją się zaraz po otrzymaniu pieczątki, zrzucająć po prostu pacjenta nam.
Na razie tyle relacji z frontu.. CDn
LEP - Lekarski Egzamin Państwowy. Coś czym straszy się studentów wydziałów lekarskich przez całe studia.
Właściwie przez cały 6 rok mówiło się przynajmniej raz dziennie o tym egzaminie. Tyle razy to słowo było powtarzane, że spowszedniało..i to bardzo.
Oczywiście walka była - i to prawie na śmierć i życie, żeby studia zamknąć przed 30 czerwca a tym samym mieć możliwość zarejestrowania się w CEM na jesienną edycję LEPu. Mnie się udało.. nawet dość szybko.. (nie będę się chwalił, że najszybciej na roku)..Na tym właściwie skończyły się moje działania w strone tego egzaminu. O tym egzaminie przypomniałem sobie na nowo, kiedy ok 3 tygodni - na początku września przyszło pisemko z CEM o tresci "egzamin odbędzie się tu i tu, numer kodowy taki i taki, należy wziąść "paszport polsatu" oraz dowód...". Pisemko powiesiłem sobie w widocznym miescu nad biurkiem, żeby mnie straszyło. Niefart chciał, ze przez 2 tygodnie byłem nad morzem i jakoś nie miałem okazji sobie na ten papier patrzeć. Z wielkich przygotowań, zrobiły się małe, z małych minimalne, z minimalnych zrobiło się poczytanie fibaka oraz przerobienie (tj przeczytanei pytań i odpowiedzi) 3 testów z wcześniejszych lat. Tak wiec rano 26.09 szedłem sobie do nowiutkiego budynku wydziału prawa z poczuciem przegranej szansy na zdanie lepu w tej sesji. Pocieszało mnie trochę, że na tzw betona szedłem nie tylko ja ale wiekszość osób z mojego rocznika.. Choć beton dla każdego znaczy co innego.
Egzamin jak egzamin, przypomiał egzamin wstępny na szacowny Umed. Pytań spodziewałem się trudniejszych - tj więcej takich kosmicznych. Nie należy myśleć, ze byłem tak doskonale przygotowany, bo za kosmiczne uznaje takie gdzie totalnie nie wiem o co w ogóle chodzi. Uważam, że najcieższym do pokonania tutaj jest czas i ilość pytań. Po 150 pytaniu zaczyna miec się wszystkiego dość.
Statystyki egzaminu nie komentuje. Zdawałem pierwszy raz, zdałem i tyle mnie to obchodzi.
Wkurza mnie natomiast robienie wielkiego rankingu uczelni medycznych na podstawie wyników LEPu. No ale to temat rzeka.
Temat Lep na razie zawieszony do grudnia na kołeczku..
Trochę tak na szybko w formie odrobienia zaległej pracy domowej.
Wakacje szybko mineły. Sporo spraw, w tym nieprzewidywalne, sprawiły że wakacje wyglądały zupełnie inaczej niż planowałem. W ostatnich dniach września czas było zacząć myśleć o stażu.
Z informacji od starszych kolegów wynikało, że trafię do najbardziej zbiurokratyzowanego szpitala w Łodzi. Koledzy mieli absolutną rację. Właściwie tylko dzięki temu, że kiedyś tam miałem powyrabiane wcześniej dokumenty niejako przy okazji badania wstępne przebiegły bez wiekszych problemów. Trzeba dodać, że w moim szpitalu jako chyba jedynym w najbliższej okolicy badania są przeprowadzane zgodnie z przepisami a nie "na odwal". Nie będę tutaj dokładnie opisywać procedury, czy kierunku wycieczek na trasie OIL-dziekanat- dział kadr :)
Tak czy inaczej owocem tego było podpisanie umowy o pracę na czas stażu, oraz kilku innych równie groźnie i poważnie brzmiących papierków.
Właściwie od tego zaczyna się takie w pełni dorosłe życie...
niedziela, 13 września 2009
Właśnie wróciłem z obozu roku zero - rychło w czas jak dla absolwenta szacownej uczelni. Obóz można podsumować w kilku kategoriach.
1) Lekarsko- medycznie:
- Jako lekarz stażysta (co generalnie ma wieksze niż mniejsze pojęcie na temat chorób) miałem 3 interwencje: przeziębienie, angina skręcona kostka - tutaj byłem jednoczesnie pacjentem;p. LEkarze z pomocy doraźnej w Koszalnie okazali się chojni dostałem od nich kilka sztuk nici do szycia oraz szpatułek.
- kurs szycia w tym "zdobycie metodami operacyjnymi" igieł traumatycznych - dziekujemy z miejsca klinice weterynaryjnej z Koszalina. Tutaj wiele sam się nauczyłem, np przygotowania świninych giczałek tak żeby jako tako dało się szyć. Inna sprawa, ze zdobytych 24 igły połamały/ pokrzywiły się prawie wszystkie. W sumie nie przez przypadek z świńskiej skóry robi się buty. Tak czy inaczej zadowolenie uczestników kursu (w tym ludzie z polibudy) bezcenne.
2) alkoholowo - co tutaj pisać w końcu obóz studencki. Dzięki lodówką w pokojach nie byliśmy skazani na picie ciepłej wódki, a ta lała się tam strumieniami i jej nie brakowało w przeciwieństwie do zapoji. Oczywiście było sporo osób ktore przecholowały, jednak stanowiło to pomijalny margines. Warto wspomnieć, choć niekoniecznie naśladować, że zdazało się zażyganie całego pokoju- choć nie wiem jak to możliwe.
3) Atmosfera była bardzo dobra - choć na drugim turnusie dawały o sobie znać zmęczenie (przepicie) kadry i mocno alkoholowe nastawienie uczestników, którzy z niewielkim entuzjazmem brali udział w życiu obozowym. Niestety było to sprzężenie zwrotnie bo działało deprymująco na kadrę.
4) Słowo należy się też na temat ośrodka: lokalizacja zajebiaszcza blisko na plażę. Warunki znośne, choć sporo było drobnych rzeczy, czy usterek, które były upierdliwe. Na plus internet bezprzewodowy, który po kilku dniach działał nawet na moim wiekowym laptopie. Na minus w ogólnym rozliczeniu należy przypisać jedzenie. W pierwszym turnusie jedzenie było zajebiaszcze. W drugim było już znac "dziadowskie oszczędności" w kuchni.
5)Ludzie - poznaliśmy sporo wartościowych ludzi. Trochę szkoda ze dopiero teraz (po skonczeniu UM). Liczę na wspólpracę na przyszłość:)
Generalnie szkoda ze się skończyło, czas wrócic na ziemię.
|